|
- Ja wiem, że niektórzy chłopcy zakładają zespoły, żeby podrywać dziewczyny. Ja na The Licks nie wyrywam chłopaków! - stwierdziła w jednym z wywiadów Juliette Lewis. Na swoim koncercie w Krakowie do tańca wyrwała wszystkich.  | | Wygibasy Juliette Lewis na scenie/fot. archiwum zespołu |
Różnie to bywa z tymi śpiewającymi aktorkami. Coś w okolicach marnego komercyjnego popu, co typowe jest dla aktorek raz to grających, raz śpiewających - napisał użytkownik El na naszym forum i trudno z tym się nie zgodzić. Aktorom z Hollywood czasami marzy się kariera na scenie. Niedoszli bohateriowa rock and rolla często jednak albo lansują nijakie brzmienia (jak Russell Crowe), albo produkują coś, co wygląda bardziej na niezamierzony pastisz, niż poważne przedsięwzięcie muzyczne (kiczowate "Heartbeat" Dona Johnsona). Rzadko osiągają sukces komercyjny i to ostatnie udało się chyba tylko dwóm znanym aktorom - udowadnia to Jaret Leto ze swoim bandem 30 Seconds To Mars i Juliette Lewis z zespołem The Licks właśnie. Jej koncert na Cracow Screen Festivalu do końca był wielkim znakiem zapytania. Niby wiadomo, że Juliette ma charakterek, co niejednokrotnie udowadniała na planie filmowym - zagrała w "Przylądku strachu" (za tę rolę nominowana była do Oscara i Złotego Globu), u boku Woody'ego Harrelsona zaliczyła rolę psychopatki w "Urodzonych mordercach", pojawiła się na planie filmu "Co gryzie Gilberta Grape'a", z Robertem Rodriguezem i Quentinem Tarantino zrealizowała "Od zmierzchu do świtu". Właściwie mogłaby już nie występować w filmach, a i tak przeszłaby do historii kina. Juliette Lewis nigdy jednak nie ukrywała swojego zamiłowania do rock and rolla, ale jak też przyznawała - obawiała się porażki. Bezpieczniej czuła się przed kamerą niż na scenie przed wielotysięczną publicznością. Słusznie czy nie (jej albumy nie zbierają najlepszych recenzji) - to dopiero za mikrofonem pokazała, że koncerty rockowe ma po prostu we krwi.  | | Juliette and The Licks, "Four on the Floor". Hassle 2006 |
- Wyluzuj, tygrysku - rzuciła Lewis do gwiżdżącego fana pod sceną i zagrała kawałek "Purgatory Blues". Na koncercie pojawiła się w indiańskiej opasce dobrze znanej z okładki jej ostatniej płyty "Four on the Floor". To z niej pochodziło chyba większość kompozycji - nie zabrakło kawałka "Bullshit King", zadziornego "Sticky Honey" czy mocnego "Death of a Whore" ze skandowanym tekstem Fuck you and fuck you some more, żeby zaraz potem zagrać przeróbkę AC/DC "Dirty Deeds Done Dirt Cheap". Jak widać, daleko Lewis do kolejnej ugładzonej aktorki, który dla dobrej promocji pragnie zaliczyć krótki flirt ze sceną. Juliette ze swoim zespołem niczego nie robi na pół gwizdka - w pewnym momencie cała formacja zaczęła bębnić w perkusję, nadając kilkuminutowej piosence hipnotycznego, transowego charakteru. Lewis prężyła swoje muskuły, przybierała prowokujące pozy, popisywała się swoją ekwilibrystyką. Sporo w tym przewrotnej gry ze słuchaczami - była aktorka nie wstydziła się ani swoich zapoconych pach, ani tego, że nie dysponuje zbyt szeroką skalą głosu. Bo muzycznie jej granie z The Licks to nic odkrywczego: sporo tam ogranego niezależnego rocka i brudnego punkowego brzmienia. Czego jednak Juliette Lewis nie potrafiła zaśpiewać, nadrabiała żywiołowością i - trzeba przyznać - niejedne rockowe bandy prowadzone przez zbuntowanych chłopaków z gitarami, mogłyby się od niej jeszcze sporo nauczyć. Tomasz Chwastek kulturaonline.pl
|